Za każdym razem,
kiedy widzimy, że dzieje się krzywda, a mimo to nie podejmujemy
żadnych działań, szkolimy nasz charakter, tak aby wobec krzywd
pozostawać biernym. Tym samym w końcu zatracamy zdolność do
bronienia samych siebie i tych, których kochamy. - Julian Assange
W końcu doszło
do
tego. Miałem,
jak
zwykle.
nic nie robić – założyłem ten
blog i nic nie pisałem, od
tamtej pory zmieniło się jednak
wiele,
ale jedno w szczególności – dziennikarze z całego świata
zaczęli podpisywać list poparcia z apelem o uwolnienie Juliana Assange'a
.
Inicjatywa pojawiła się na przełomie listopada i grudnia
2019. Przyznaję,
że nie śledziłem
jej zbyt
dokładnie,
samemu nie będąc dziennikarzem i mając podówczas nadmiar
problemów
osobistych. Jednak
obecnie warunki obiektywne uległy zmianie: dzisiaj,
w
poniedziałek 24. lutego rozpoczął
się
proces ekstradycyjny, więc postanowiłem znów zajrzeć na stronę
apelu. Co się okazuje? Podpisów
z
Polski widnieje
tyle samo, co w grudniu, czyli trzy. Mniej
niż m.in. ze Słowenii, Chorwacji, czy Ukrainy, a znacznie mniej niż
z tzw. starych demokracji Zachodu.
Żyjemy w czasach, kiedy wszystkie obozy sceny politycznej stroją się w piórka obrońców demokracji. Spróbuję więc streścić, dlaczego obroną demokracji jest wyrażenie poparcia dla Juliana Assange'a:
O ile demokracja jest władzą ludu, o tyle
ten straszny suweren
nie może być niedoinformowany w sprawach dla ogółu istotnych. W
związku z tym potrzebna jest transparencja (inaczej:
jawność, lub głasnost’, jak kto
woli), ale jeśli jej z jakichś
powodów nie ma,
a rzeczywistość obwarowana jest
różnymi klauzulami
tajności, tajemnicami
państwowymi,
handlowymi
etc., potrzebni są sygnaliści (czyli tzw. whistleblowers), którzy,
z kolei – wobec niezdolności
mediów głównego nurtu do
zapewnienia przejrzystości życia
publicznego – potrzebują
platformy, na której będą swoje
informacje udostępniać. Taką
platformą była i jest dla nich instytucja WikiLeaks, której Julian
Assange jest wydawcą i redaktorem.(Ciąg dalszy nastąpi.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz